Spooky Season trwa już od ponad miesiąca, chociaż Halloween dopiero przed nami. Dyskusja z absurdalnością argumentacji o tym, że to „szatanistyczna parodia Zaduszek”, w dalszej części tekstu. Ale korzystając z okazji zbliżającego się Święta Zmarłych, chciałbym dziś przede wszystkim skupić się na tym, kim oni dla mnie są.

Spokój natury

Lubię chodzić na cmentarz. I nie chodzi nawet o wspominanie tych, których zdążyłem poznać lub dumanie nad losem tych, z którymi nie miałem okazji zetknąć się za życia. Lubię chodzić na cmentarz i czytać nagrobki, tysiące ludzkich historii zamkniętych okładkami z granitu, marmuru i piaskowca. Zastanawiać się, kim byli właściciele nazwisk wypisanych w kamieniu, jakie wiedli życie, jak postrzegali ich znajomi. Jaką rolę odegrali w tej wielkiej Opowieści, jaką jest ludzkość.

Cisza starych cmentarzy, szum drzew, wygłupy przeskakujących między drzewami wiewiórek i krakanie gawronów niosą ze sobą spokój, jednocześnie przypominając mi o mojej pozycji w świecie – cmentarze są przestrzenią, w której dominuje przyroda, a jednocześnie stanowią kulturową opowieść o przodkach i o ludzkiej pamięci. To pocieszające, że po śmierci ludzkie ciało wraca do porządku Natury, ale równocześnie zostaje głęboko zakorzenione w kulturze, w dorobku wypracowanym przez kolejne pokolenia ludzi żyjących w danym miejscu.

Totentanz

Bardzo urzeka mnie idea danse macabre. W tym wyobrażeniu Śmierć nie jest ponurym demonem, ciągnącym swoje ofiary w zaświaty, ale raczej wodzirejem prowadzącym roztańczony korowód zmarłych, którzy właśnie pozbyli się presji społecznej, odrzucili doczesne przywiązania i stali się równi – od królów i biskupów po pańszczyźnanych chłopów, splecionych pod ręce w jednym szeregu. Przejście na „tamten świat” jest zatem zabawą – ostatnią zabawą, w której nikt nie stoi ponad regułami gry.

Na marginesie przytoczę wspomnienie, jak będąc małym brzdącem bywałem w Kalwarii Zebrzydowskiej – jeden z zakonników był przyjacielem rodziny. W przejściu na klasztorne krużganki wisiał (i chyba nadal wisi) barokowy obraz danse macabre. Dodam także, że dzięki mojej mamie, uczącej się wówczas dawnych tańców dworskich, wiedziałem, jak wyglądają poszczególne barokowe choreografie. Szliśmy więc kiedyś przez krużganki i zatrzymaliśmy się przed wyobrażeniem Totentanzu. Nie pamiętam, żebym się przestraszył (bo i czego, obrazu?), więc moja mama sprowokowała mnie do dyskusji o tańcu. Później opowiadała mi, jakie miny miały stojące za moimi plecami staruszki, obserwujące sześcio-, może siedmiolatka, który z absolutną pewnością peroruje, że trupy na obrazie tańczą branle’a, a nie menueta, bo poznał to po ułożeniu dłoni.

Nie boję się zatem śmierci, trochę wychodząc z epikurejskiego założenia, że gdy my jesteśmy, jej nie ma, a gdy ona jest, nas nie ma, a trochę z chrześcijańskiej perspektywy lepszego życia i postrzegania śmierci jako bramy do innego świata. Bramy, przez którą zamierzam przejść tanecznym krokiem. Być może teraz korowód zmarłych tańczy kongę albo macarenę? Nikt tego nie wie.

Bądźmy poważni!

Tym bardziej drażni mnie ta presja wywoływana przez część chrześcijan, żeby bojkotować Halloween w formie, w jakiej obecnie przebija się ono do kultury popularnej. Jako antropolog pozwolę sobie na dwa słowa wyjaśnienia. No dobrze, trochę więcej, niż dwa.

Halloween to fascynujące święto. Jego termin oczywiście pokrywa się z Samhain, iroszkockim świętem zmarłych, kiedy po zakończeniu żniw przychodził czas powszechnego obumierania przyrody. Oczywistym dla dawnych Celtów było więc, że w tym okresie najłatwiej było porozumieć się ze zmarłymi przodkami, uzyskać od nich radę i wsparcie. Nawiasem mówiąc, nasze rodzime Dziady przypadają w tym samym czasie z podobnych przyczyn.

Sama nazwa jest skróconą formą od Wigilii Wszystkich Świętych, czyli jak najbardziej chrześcijańską nakładką na wcześniejsze święto. Łączy uznawane w Kościele „świętych obcowanie” z przedchrześcijańskimi, ludowymi koncepcjami, takimi jak składanie duchom przodków ofiar z jedzenia (trick or treat), ideą ingerencji zmarłych w świat żywych (przebieranie się za duchy i potwory) etc.

Nota bene, dokładnie te same działania znamy z polskiego folkloru, tyle że nie przypadają na przełom października i listopada, ale na okres bożonarodzeniowy. Zwróć uwagę, że w gronie tradycyjnych kolędników zawsze byli obecni: śmierć, diabeł, anioł i turoń, którzy chodzili od domu do domu, prosząc o słodycze i pieniądze, również w ramach obchodów zwycięstwa Życia (Nowonarodzonego Boga/Słońca) nad śmiercią (zimą, ciemnością). Ale to nasze lokalne tradycje, więc ich nie będziemy potępiać. Za to te obce, „amerykańskie”, jak najbardziej.

Karnawalizacja vs komercjalizacja

Uważam, że święta karnawaliczne, tj. takie, w których możemy się przebrać, aby choć na chwilę odegrać inną rolę, wywrócić porządek świata i bezkarnie się bawić pod zasłoną masek i przebrań, mają swój urok i spełniają niezwykle ważną rolę społeczną jako wentyl bezpieczeństwa, przestrzeń na rozładowanie napięć i zwalczenie śmiechem tych problemów, które nagromadziły się od poprzedniego razu.

Tradycyjnie takim okresem był właśnie karnawał, który miał dawać przestrzeń na „wybawienie się” na zapas, przed czasem Wielkiego Postu. Ale nie tylko karnawał nosił podobne cechy. Wydaje się (do folkloru wczesnosłowiańskiego mamy niewiele źródeł, więc nie zaryzykuję tu pewnego stwierdzenia), że podobnie funkcjonowała Noc Kupały i nałożona na nią Noc Świętojańska. Z pewnością dokładnie na tej zasadzie działały Kronia/Saturnalia, greckorzymskie święto ku czci Kronosa. Dziś tę rolę przejmuje także Halloween, ze swoimi przebieranymi imprezami, robieniem psikusów sąsiadom i dekorowaniem domów.

Jedyna rzecz, która mnie boli, to wszechobecna komercjalizacja tego dnia. Dynie, trupy i czarne koty pojawiają się w sklepach już pod koniec września, premiery horrorów są ustawiane na przełom października i listopada, a cały rynek krzyczy: „kup kostium wiedźmy i zobacz nasz tutorial wycinania dyni”. Wiadomo, że do świętowania trzeba się przygotować. Ale odnoszę wrażenie, że jeśli będziemy rozciągać okresy tych przygotowań do granic możliwości, samo święto straci swój spontaniczny, karnawaliczny charakter.

Problem jest oczywiście szerszy niż tylko Halloween – obejmuje bożonarodzeniowe promocje od początku listopada, wielkanocne, które rozpoczynają się w lutym (zaraz po końcu walentynkowych) i tak dalej. Mechanizmy rynkowe z uporem odzierają różne święta z ich spontaniczności, a nas pozbawiają czasu oczekiwania, tego dreszczyku niecierpliwości towarzyszącego odliczaniu kolejnych dni do wyznaczonego momentu, tylko po to, żeby odpowiednie firmy zarobiły. Rynek odbiera świętom ich magię. Chociaż jeśli lubisz kupować dynie i stroje duchów już w sierpniu, a prezenty pod choinkę wybierać pod koniec października, możesz się ze mną nie zgodzić. Masz do tego pełne prawo.

Opowieści zza grobu

Halloween jest więc dla mnie przedłużeniem tego tanecznego korowodu, prowadzonego przez Śmierć w stronę innego świata. Daje mi możliwość włączenia się do zabawy, w której wszyscy powinni być równi, a ziemskie reguły miałyby iść w odstawkę.

Oczywiście trudno dzisiaj o tak dosłowny karnawał, zrywający z jakimikolwiek pryncypiami. Może to i dobrze – wyobraź sobie rozmiar moralnego kaca po takiej zabawie w (post)chrześcijańskiej Europie XXI wieku. No ale napić się i potańczyć zawsze można, czemu nie?

A sami zmarli? Są inspiracją, wciąż żywą w mitach heroicznych, legendach, hagiografiach czy rodzinnych opowieściach. Stanowią kolejne rozdziały Opowieści Ludzkości, którą wszyscy współtworzymy. I niech tak zostanie.

P. S. Rzecz jasna, pisząc o genezie święta, dopuszczam się tu pewnych uproszczeń, koniecznych w krótkiej blogowej formie. Koleżanki i koledzy po fachu niech mi wybaczą, a resztę zachęcam do samodzielnych poszukiwań stosownej literatury.